Skip to content

Targowisko prywatności

Nasza prywatność w internecie jest wystawiona sprzedaż. W pewnym zakresie jest to uczciwa wymiana, dostajemy na przykład potężną wyszukiwarkę, za której działanie płacimy informacją, którą z kolei twórca narzędzia jest w stanie odsprzedać swojemu klientowi. W efekcie tego dostajemy reklamy rzeczy, których i tak poszukujemy. Gorzej, jeśli nasze dane, nie mające statusu publicznego, trafiają bez naszej wiedzy do firm trzecich.Tak jak to miało miejsce na przykład w aferze firmy Cambridge Analytica1, której Facebook przehandlował informacje użytkowników serwisu. Jakiś rok temu mieliśmy z kolei aferę związaną z Google i udostępnianiem do analizy firmom zewnętrznym treści naszych prywatnych maili2. Gigant z Mountain View posypał głowę popiołem, zmienił zasady… ale wydarzenie które spotkało mnie w tym tygodniu, każe podejrzewać, że zmieniono tylko sposób sprzedaży naszej prywatności.

Kilka dni temu pracowałem nad składem lokalnej gazety. Jednym z nowych elementów była reklama firmy parającej się sprzedażą kas fiskalnych. Ogłoszenie zawierało m. in. zdjęcie „tabletowej” kasy o bardzo charakterystycznej i nietypowej nazwie. Standardowo otrzymałem treść reklamy na skrzynkę na Gmailu, ale zamiast zdjęcia był tylko link do strony produktu. Wspomniana nazwa występowała w mailu tylko raz, będąc elementem składowym adresu strony. Ściągnąłem zdjęcie, zrobiłem projekt, po czym zrobiłem sobie przerwę na herbatę w czasie której postanowiłem sprawdzić co tam w social mediach piszczy. Po wejściu na Facebooka, ku mojemu ogromnemu zdumieniu, ukazała się duża reklama wspomnianej kasy fiskalnej. Od momentu w którym otrzymałem maila, minęło może 20 – 30 minut.

W tym momencie zapalił mi się w głowie szereg lampek ostrzegawczych:
– nazwa produktu jak już wspomniałem wystąpiła tylko w mailu, tylko raz
– nie wyszukiwałem produktu w Google,
– na stronę produktu wszedłem bezpośrednio z linka, używając Apple Safari,
– na stronie sklepu nie byłem zarejestrowany, nie podawałem tam żadnych danych.

Wygląda na to, że Google przeanalizowało mojego maila, odnalazło nazwę komercyjnego produktu i błyskawicznie… sprzedało tę informację dalej, firmie trzeciej, bo taką jest przecież Facebook. Wychodzi na to, że obecnie targowisko naszej prywatności jakim stał się internet działa praktycznie „on-air”, analizując w locie wszystko co da się spieniężyć, a wyselekcjonowane dane są od razu przekazywane dalej, zapewne nie tylko Facebookowi. Nie znajduję innego wytłumaczenia.

Niewielkim pocieszeniem jest to, że w analizę tych danych raczej nie jest – przynajmniej w przypadku języka polskiego – wciągnięta żadna sztuczna inteligencja, bo takowa powinna z treści maila połapać się, że nie jestem żadną kasą zainteresowany. Ale wszystko zapewne przed nami. Całe to zdarzenie spowodowało, że zaczynam się poważnie zastanawiać nad porzuceniem Gmaila, tylko pytanie czy jest gdzie uciekać.

Jeśli ktoś z Was ma lepsze wytłumaczenie tego, jakim cudem reklama tej kasy trafiła na Facebooka, niech pisze w komentarzu. Nic z tego co tu zostawicie, nie sprzedam dalej, choć za Disqusa ręczyć nie mogę 😉

  1. https://en.wikipedia.org/wiki/Facebook–Cambridge_Analytica_data_scandal
  2. https://www.wsj.com/articles/techs-dirty-secret-the-app-developers-sifting-through-your-gmail-1530544442
Kategorie:MediaPrywatnośćTechnologia

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *